Nie to, że zawsze... Ale dzisiaj w zatłoczonym trolejbusie bardzo nie lubiłam. Miałam na ten temat napisać trochę więcej, ale co będę wylewać żółć (nie jestem pewna czy tak brzmi ten frazeologizm, na szczęście Ewula podpowiada, że mogę napisać "mam kryzys egzystencjalny" czy jakoś tak), skoro jestem już w krańcowej oazie spokoju. A na przystanku pod KUL-em można podziwiać plakat promujący Rok Chopinowski. Więc podziwiałam i się zachwycałam.
A w "Elle" wyczytałam (bo trzeba Wam wiedzieć, że regularnie czytuję dwa magazyny/pisma - "Teatr" i właśnie "Elle" - co raczej nie pomoże mi się zakwalifikować do grupy ponadprzeciętnych studentów FP KUL), że teraz w Nowym Jorku to króluje przede wszystkim styl Vintage. W związku z tym zaopatrzyłam się niedawno w buty a'la vintage (tylko a'la, bo są nowe, więc nie tak do końca vintage). A dzisiaj w ciuchu na osiedlu znalazłam torbę, na której widać ślady użytkowania, czyli vintage jak się patrzy.





